Aktualności, Ekologia, Ochrona środowiska, Wydarzenia

Co naprawdę denerwuje w ekologicznych hasłach reklamowych?

Fot. moj-ogrodnik.pl

Stoję sobie w kolejce do kasy w hipermarkecie, podaję do skasowania jajka ekologiczne, marchewkę, inne warzywa, kilka mydeł o haśle naturalne, papier ekologiczny pakowany (w cenie kolorowego, chociaż to zwykły szary papier) i kilka świetlówek. Pani w kasie do mnie: „ha ha jajka za 8 złotych. Przecież to wszystko ściema”. Marketing, zmiana rynku realna, czy moja wiara w etykę, która nie istnieje?

Polski konsument z ekologią kojarzy: segregowanie śmieci (czego nie praktykuje), jeżdżenie na rowerze (ma super drogi rower, który raz w roku wyciąga z garażu, bo w końcu służy tylko rekreacji a nie nowemu spojrzeniu na transport) i tyle. Niemniej jednak posiada ogólnie pozytywne skojarzenia z ekologią, co wykorzystują firmy (dodam nie mające nic wspólnego z ekologią) by sprzedawać. SPRZEDAWAĆ. Takim sposobem my – zatroskani konsumenci – kupujemy „ekologiczne detergenty (sic!), albo naturalną Vegetę.

Fot. Moj-ogrodnik.pl

„Ojczyzną ekościemy są Stany Zjednoczone, gdzie jeszcze w latach 80. tamtejsze organizacje konsumenckie zjawisko żerowania na ekologii określiły terminem greenwash. Nazwę wymyślił dziennikarz „The New York Timesa”, krytykując hotelarzy proszących gości o rzadszą wymianę ręczników i pościeli pod pretekstem ochrony środowiska. Naprawdę chcieli w ten sposób więcej zarobić. Nie są jedyni. Wiele firm wydaje grube pieniądze na podkreślanie rzekomo przyjaznego środowisku charakteru swoich produktów. Tym samym wprowadza w błąd konsumentów lub odwraca ich uwagę od rzeczywistych problemów. Amerykańskie organizacje konsumenckie posługują się klasyfikacją sporządzoną przez speców od zielonego marketingu z firmy TerraChoice. Powstała ona na podstawie analizy ponad 1000 zgłoszonych przez ekologów ekonadużyć. Ponad 60 proc. przypadków dotyczyło sytuacji, gdy towar reklamowano jako ekologiczny, bo nie zawierał toksycznego składnika lub powstał z surowców wtórnych, ale sam pozostawał dla środowiska uciążliwy. Tak często bywa z urządzeniami gospodarstwa domowego. Reklamowane jako przyjazne (bo np. zużywają mniej energii), jednocześnie bywają bardzo szkodliwe (np. zawierają metale ciężkie). (…)

Fot. Moj-ogrodnik.pl

Popularnym nadużyciem jest składanie deklaracji o ekologicznych walorach produktu bez jakiegokolwiek dowodu w postaci atestu czy certyfikatu. Umieszczane na opakowaniach słowa: „green”, „natural”, „no toxic”, to puste slogany, gdyż wiele trucizn występuje w przyrodzie, a wiele substancji nieszkodliwych również ma działanie niepożądane, o ile występują w nadmiarze.” – z tygodnika POLITYKA, 2009.

W Polsce rynek dla świadomych wyborów już się budzi – w lipcu organizacje ekologiczne zaskarżyły do Komisji Etyki Reklamy reklamę prasową spółki pod firmą Enea S.A. z siedzibą w Poznaniu zawierająca hasła ?Enea. Czysta energia. Czysty biznes.? oraz ?Potęga wiatru. Siła wody. Korzystamy z natury, by dać Ci czystą energię?. Co to oznacza? Że nawet jak chcemy być super ekologiczni, to nie pozwalamy, by sprzedano nam wszystko tak nazwane. Świadomy konsument odróżni warzywko z super certyfikatem, które przemierzyło pół globy, byśmy je kilku foliach i po kilkunastu pośrednikach spożyli z dobrym sumieniem, od warzywka, które kupimy od miejscowego rolnika (jeśli mamy takie szczęście), albo w najgorszym (naszym zdaniem najlepszym) przypadku sami je wyhodowali na balkonie. Wszystko będzie „eko” – tylko niektóre rzeczywiście wpłynie na naszą konsumpcję i ochronę przyrody.

Komentarz: Kasia Dulko

Źródło: Moj-ogrodnik.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *